Kategorie: Wszystkie | Pojedynki | Polska 2030 | Varia
RSS
wtorek, 19 stycznia 2010

Jarosław Kaczyński uważa, że Jerzy Kropiwnicki wygrał, choć przegrał. „Tych, którzy nie poszli do referendum, było dużo więcej. W tym sensie prezydent Kropiwnicki wygrał, a mimo wszystko został odwołany.” (podaję za Rzeczpospolitą z dnia 19 stycznia 2009 r.)

Jarosław Kaczyński miał kiedyś rację. Powiedział przecież, że nic go nie przekona o tym, że białe jest białe, a czarne jest czarne.

13:28, joanna.mucha , Varia
Link Komentarze (10) »
środa, 13 stycznia 2010

Od kilku miesięcy z rosnącym zaniepokojeniem obserwuję spór między Panią Minister Jolantą Fedak a Panem Ministrem Michałem Bonim. Spór dotyczy reformy systemu emerytalnego; Pani Minister upiera się przy pomyśle zmniejszenia strumienia środków płynących do Otwartych Funduszy Emerytalnych z 7,3 do 3% naszych pensji; różnica miałaby trafiać z powrotem do ZUSu. Nie milkną krytyczne komentarze ze strony ekonomistów i specjalistów zajmujących się systemem emerytalnym, jednak w skomplikowanej materii trudno zorientować się, o co naprawdę chodzi.

Rzeczywistą różnicę między systemem proponowanym przez Panią Minister i dzisiejszym można dostrzec spoglądając na system z perspektywy roku 2030. Załóżmy, że przyjmiemy dziś propozycję Pani Minister. Za dwadzieścia lat przyjdzie nam wypłacić emerytury dzisiejszym czterdziestolatkom. Sięgniemy wtedy do środków zgromadzonych w ZUSie i okaże się, że ich konta mają wartość jedynie wirtualnego zapisu księgowego! Zapisanych tam pieniędzy już dawno w ZUSie nie będzie - zostaną one wypłacone emerytom z lat 2010, 2011 i kolejnych. Zatem aby sfinansować dzisiejszym płatnikom składki emerytury w 2030 roku trzeba będzie ściągać składki z dzisiejszych dwudziestolatków. Jako, że za dwadzieścia lat emerytów będzie więcej, niż dzisiaj, a pracujących prawdopodobnie mniej - środków ze składek dwudziestolatków nie wystarczy i konieczne będzie zaciągnięcie gigantycznego długu. Dług ten z kolei obciąży kolejne pokolenie, itd. Będziemy sobie wtedy zadawać pytania: ile czasu wytrzyma ta piramida? Kiedy runie? W jaki sposób przerwać to błędne koło zadłużania się na koszt kolejnych pokoleń? Czy nie można było przerwać jego biegu w przeszłości???

Odpowiedź na ostatnie pytanie jest prosta: można było. To błędne koło zadłużenia przerwał rząd Jerzego Buzka w 1999 roku wraz z wprowadzeniem reformy emerytalnej. Dzięki niej za dwadzieścia lat dzisiejsi czterdziestolatkowie sięgną po pieniądze, które będą realne, a nie wirtualne. Nie będzie trzeba zaciągać długu w celu wypłacenia ich emerytur, bo środki na ich emerytury będą spokojnie czekały na ich indywidualnych kontach.

Wybierając między pomysłem Pani Minister Fedak a dotychczasowymi rozwiązaniami wybieramy między naszą emeryturą - bańką mydlaną - fikcją zapisu księgowego zasysającego kolejne miliardy zadłużenia, a sakiewką emerytalną być może skromną, ale wypełnioną prawdziwymi złotymi.

Przed podobnym dylematem stają od wielu lat decydenci w innych europejskich krajach. W wielu z tych krajów zwycięża krótkowzroczna polityka obciążająca przyszłe rządy i pokolenia. Na tym tle Polska - jak dotąd - była latarnią wyznaczająca kierunek.

Pani Minister, nie wolno Pani tego zepsuć!

10:39, joanna.mucha , Polska 2030
Link Komentarze (9) »
środa, 02 grudnia 2009

Jednym z najciekawszych zdarzeń moich ostatnich dni była wizyta w szkole podstawowej nr 69 przy ul. Drewnianej 8 w Warszawie. Budynek szkoły powstał w 1906 roku, jest imponujący i czuć w nim oddech pokoleń wychowanków. Obecnie 25% dzieci, które uczą się  w tej szkole, to dzieci z rożnymi formami niepełnosprawności.

W stuletnim budynku szkoły zbudowano windy, podnośniki, zjazdy, dostosowano toalety, szatnię, stworzono sale rehabilitacyjne i pozostałą infrastrukturę. Dzieci niepełnosprawne przywożone są dostosowanymi do ich potrzeb busami, mają zapewnione specjalistyczne zajęcia, pomoc dodatkowego nauczyciela podczas większości lekcji, sprzęt, ale przede wszystkim... zrozumienie i akceptację ze strony innych uczniów i nauczycieli.

Zapytałam Panią Dyrektor Ewę Furmańską w jaki sposób doszło do tego, że zaczęła przyjmować do swojej szkoły dzieci niepełnosprawne. W odpowiedzi usłyszałam wzruszającą historię. Otóż na początku lat dziewięćdziesiątych grupa dzieci niepełnosprawnych zapytała, czy byłoby możliwe zorganizowanie wigilii dla nich na Drewnianej 8 i czy ewentualnie w organizacji uroczystości nie mogliby pomóc uczniowie ze starszych klas. Pani Dyrektor zgodziła się; znalazło się również kilku ośmioklasistów chętnych do pomocy.  Niedługo potem - w pierwszych dniach stycznia - owi ośmioklasiści zapytali Panią Dyrektor o to, dlaczego w ich szkole nie uczy się żaden niepełnosprawny uczeń...

Po wizycie na Drewnianej nie wierzę w żadne bariery architektoniczne, specyficzne uwarunkowania czy inne przeciwności, które stoją w poprzek integracji. Wszystkie istniejące bariery są tylko i wyłącznie w naszych głowach.

12:16, joanna.mucha , Varia
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 30 listopada 2009

Czytam w Wikipedii: "Burki w Afganistanie zostały wprowadzone za czasów króla Habibullaha (panował w latach 1901-1919), który kazał dwunastu kobietom ze swojego haremu nosić je, kiedy opuszczały pałac, by nie kusiły innych mężczyzn swoim wyglądem. Były one szyte z delikatnego jedwabiu, haftowane, a córki króla nosiły nawet burki haftowane złotymi nićmi. Burki stały się więc pewnym wyznacznikiem klasy wyższej. W latach pięćdziesiątych burki rozprzestrzeniły się na cały Afganistan, jednak wciąż głównie wśród bogatych."

Z tego fragmentu nie wynika jasno, czy nakaz króla Habibullaha podyktowany był troską o bezpieczeństwo JEGO kobiet, czy też po prostu nie chciał dzielić się pięknem SWOICH nałożnic z podwładnymi.

Obecnie nakaz noszenia burki tłumaczy się w krajach islamskich hidżabem, czyli nakazem skromności. Zgodnie z Koranem, skromność odnosić się ma zarówno do kobiet jak i mężczyzn (mężczyznom nie można np. nosić ubrań wykonanych z jedwabiu). Muzułmanie argumentują, że noszenie burki zasłaniającej całą twarz i - często - całą postać kobiety, nikabu - czyli przesłony na twarz, lub hidżabu - czyli chusty zasłaniającej włosy, uszy i szyję kobiety - pozwala na docenienie w niej intelektu, charakteru, bogobojności. Jednocześnie wyznawcy Allaha twierdzą, że to zachodnia kultura odbiera kobiecie godność czyniąc z niej przedmiot pożądania seksualnego.

Nie można nie zgodzić się z argumentami dotyczącymi świata zachodniego... To jednak nie oznacza przyznania racji światu muzułmańskiemu. Jeśli zgodnie z Koranem kobieta i mężczyzna są równi, jeśli jednych i drugie obowiązuje hidżab (rozumiany szerzej, jako skromny ubiór) - dlaczego zatem mężczyźni nie noszą burek??? Jak można pozwolić na to, żeby u mężczyzny skupiać się na cechach innych niż intelekt, charakter i bogobojność? Czy to nie odbiera mężczyźnie godności czyniąc z niego przedmiot pożądania seksualnego?

Powiedzmy sobie szczerze. Burki nie zostały wprowadzone jako wyraz skromności kobiet króla - było dokładnie odwrotnie, przez wiele lat bogato zdobione burki były wyznacznikiem statusu. Cała ta zabawa w zasłony i piramidy zakazów służy zapewnianiu samczego bezpieczeństwa. Wszystkie te firany - w zależności od stopnia zasłonięcia - albo całkowicie ubezwłasnowolniają kobietę, albo przynajmniej pozbawiają ją części kobiecego wdzięku, obniżając jej atrakcyjność.

I czemu o tym piszę? Bezpośrednim powodem sięgnięcia do tego tematu były dzisiejsze informacje o decyzji Szwajcarów o zakazie budowania minaretów w ich państwie. Myślę, że jest to moment przełomowy; Szwajcaria jest pierwszym europejskim państwem, które wyraziło jakikolwiek sprzeciw wobec niekontrolowanego napływu kultury islamskiej. W trakcie czytania artykułów zdałam sobie sprawę z tego, że nas również czeka konieczność uregulowania wielu kwestii, choćby kobiecego stroju. I nie mam tu wcale na myśli pomysłów Pana Przewodniczącego Zawiszy o maksymalnej głębokości dekoltów i minimalnej długości spódniczek. Wręcz przeciwnie, musimy zdecydować jakie minimum odkrytego ciała możemy w Polsce zaakceptować. Czy pozwolimy kobietom mieszkającym w Polsce zakrywać się od stóp do głów? Czy pozwolimy muzułmańskim dziewczętom przychodzić do szkoły w chustach? Czy zwolnimy je z zajęć wf? Czy pozwolimy im pływać w basenie w ubraniu od stóp do głów? Czy pozwolimy ich mężom na głodzenie ich, jeśli odmówią współżycia, tak jak to się dzieje w niektórych kulturach? Czy ich mężowie - zgodnie z naukami Koranu - będą mogli je bić? Czy mieszkający w Polsce mężczyzna będzie mógł zabronić swojej żonie, córce, matce pójścia do lekarza - mężczyzny? Czy islamska kobieta zeznająca w sądzie będzie mogła odmówić pokazania twarzy? A na lotnisku???

Nie łudźmy się, jeśli te pytania mają charakter teoretycznych, to jeszcze tylko przez chwilę. W Holandii już zabroniono noszenia burki. W Nowej Zelandii kobieta nie może w niej zeznawać, ale zasłania się ją przed widownią w inny sposób. We Włoszech już od 1975 roku nie można ukrywać twarzy w miejscu publicznym.

Chciałabym, żeby udało nam się w przyszłości opracować założenia dla dokumentu, który odpowiadałby na postawione wcześniej pytania. Chciałabym, żeby dokument taki został zaproponowany wszystkim rządom naszego kręgu cywilizacyjnego. Chciałabym, żeby w krótkim czasie stał się obowiązujący. Mamy prawo domagać się szanowania naszych norm kulturowych przez osoby przyjeżdżające z innych kręgów cywilizacyjnych. Mamy obowiązek upominania się o prawa kobiet. Jeśli nie możemy wystarczająco dobrze pomagać kobietom w państwach takich jak Afganistan, to zadbajmy przynajmniej o te, które znajdą się po drugiej stronie.

17:15, joanna.mucha , Polska 2030
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 26 października 2009

"Grupa społeczna JEST. Organizacja coś ROBI. Organizacja jest NARZĘDZIEM. Organizacja jest powołana do WYKONANIA wyraźnie określonego ZADANIA."

Dziesiątki razy powtarzałam te podstawowe tezy studentom. Dziesiątki razy powtarzałam je sama sobie po kolejnym spotkaniu kolejnej "grupy inicjatywnej" wszelkiego charakteru, która przez dwa miesiące pracowała intensywnie w celu szczegółowego opracowania statutu, po czym… nie widziała już sensu dla dalszych spotkań…

Często myślę, że to podejście do działania jako tworzenia pseudo organizacji versus tworzenia organizacji w ujęciu procesowym  - jest jedną z największych różnic między PiSem a Platformą Obywatelską. I oto ostatnie dni przynoszą wręcz przerysowaną ilustrację dla tego zagadnienia.

PiS obwieszcza światu stworzenie nowego Ciała pod PRL-owsko brzmiącą nazwą Zespół Pracy Państwowej. Wiemy, że Ciało składać się będzie z sześciu Członków, które zajmować się będą "sprawami". Członki składać się będą z kilkunastu do kilkudziesięciu członków. Będzie to zatem Ciało, którego podstawowym zadaniem będzie "składania się", "zajmowanie się" i – jak mówi Twórca Ciała – "przygotowanie się". Powiedzmy wprost: celem Ciała będzie jedno wielkie "Bycie", … no może jeszcze uhonorowanie kilku członków byciem Szefem jednego z Członków.

Jednocześnie od kilku dni przypuszczany jest zmasowany atak na organizację w ujęciu procesowym - może napiszmy to inaczej – na zorganizowanie Tarczy Antykorupcyjnej. W tym przypadku mamy do czynienia z wyraźnie określonym celem: zapobieganie korupcji przy prywatyzacjach i przetargach. Realizacja celu wymaga organizacji – lub znów powiedzmy to inaczej – zorganizowania zasobów, czyli pracy agentów służb specjalnych oraz będących z nimi w kontakcie właściwych urzędników państwowych. Zadany cel tej organizacji – lub zorganizowania – nie obejmuje wykonania określonej pracy ale niedopuszczenie do wystąpienia określonych zachowań. Aby zrealizować tego typu cel konieczne jest przeanalizowanie procesu podejmowania decyzji i znalezienie jego wrażliwych etapów. Kolejnym krokiem jest objęcie tych etapów odpowiednim nadzorem. Uff…

I oto w notatce Kolegium Służb Specjalnych czytamy, że działania: "polegają przede wszystkim na uzyskiwaniu przez funkcjonariuszy służb informacji (w miarę możliwości wyprzedzających) o osobach zaangażowanych w organizację przetargów lub prywatyzacji, w tym członkach komisji przetargowych, o zatrudnionych firmach doradczych oraz o potencjalnych kontrahentach. Informacje takie są następnie analizowane pod kątem ewentualnych zagrożeń o charakterze korupcyjnym, a wnioski wynikające z tej analizy i wyniki dokonywanych przez służby sprawdzeń trafiają do właściwych ministrów i służą im do podejmowania decyzji".  Dowiadujemy się też, że monitoringiem organizacji objęto 161 procedur zamówień publicznych oraz 79 podmiotów przygotowanych do prywatyzacji.

Jest więc tak, że działania powiązane zostały z sobą w spójny algorytm i skoordynowane – i to właśnie jest organizacja! Raz jeszcze podkreślę, organizacja nie wymaga tworzenia sztywnej struktury, zatrudniania ludzi na wyłączność, nazwy, szyldu, biurek i sekretarek. Organizację tworzą jasno zdefiniowany cel oraz skoordynowane w spójny system działania prowadzące do osiągnięcia tego celu. Tarcza Antykorupcyjna jest organizacją!

Zakończę apelem do Szanownych Koleżanek i Kolegów opozycyjnej partii: nie wieszajcie psów na Tarczy Antykorupcyjnej jeśli nie jesteście w stanie ocenić jej działania. I jeszcze jedno. Zastanówcie się w jakim celu stworzyliście Ciało, bo jeśli jego prawdziwym celem jest zniszczenie Platformy Obywatelskiej, to dla realizacji tego celu jedną organizację już powołaliście…

12:50, joanna.mucha , Varia
Link Komentarze (24) »
czwartek, 15 października 2009

Misją CBA jest tropienie korupcji, korupcja zaś zwykle wiąże się z władzą. Z tego powodu za rządów PiSu CBA zarzuciło sieć na wicepremiera. Tego z Samoobrony… Zapewne z tego samego powodu sprawdzano, czy na propozycje korupcyjne podatna jest posłanka PO Beata Sawicka – w CBA już wtedy wiedziano, że w następnej kadencji Platforma będzie rządzić… Jednocześnie Biuro było ślepe i głuche na działania Wiceministra Piechy. Bo czy jego działania miały cokolwiek wspólnego z korupcją? Czy było cokolwiek nagannego w jego kontaktach z firmami farmaceutycznymi? Czy wpisanie leków na listę refundacyjną miało związek ze spotkaniem Wiceministra Piechy?

Po wyborach ostrze działania CBA skierowane zostało… a właściwie pozostało skierowane na Platformę, czyli rządzących. Co ciekawe, dotychczasowe "afery" dotyczą tylko i wyłączenie ludzi PO. Nie dziwi mnie to w najmniejszym stopniu. Puszczam wodze fantazji i wyobrażam sobie, jaki może być tok rozumowania szefa CBA Mariusza Kamińskiego:

"Przedstawiciele PSLu są ludźmi o kryształowych charakterach i nieposzlakowanej reputacji. Wszyscy kierują się w swoich działaniach wyłącznie dobrem Rzeczypospolitej i wszyscy zachowują najwyższe standardy etyczne. W związku z tym z założenia można ich sobie odpuścić. No i są jeszcze argumenty dla wzmocnienia tego przekonania. Gdyby bowiem zdarzyło się, że w trosce o dobro państwa partie obecnie opozycyjne musiałyby zewrzeć szeregi i powołać własny rząd – wtedy okazałoby się, że PSL (kryształowy i nieskazitelny) byłby niezbędny dla uzyskanie większości parlamentarnej. No tak. Wtedy można byłoby napisać scenariusz dla przystawek. Ale tu już mam doświadczenie… Hmm, a może by tak już teraz znaleźć argumenty dla PSLu dla >>przekonania<< go do udziału w takim rządzie…? Przecież do mediów wyciekną tylko te stenogramy, które mają wyciec…"

Fikcje literackie – również powyższa – mają za zadanie spowodowanie postawienia określonych pytań. A pytanie jest ważne. Brzmi ono: Kto rządzi Polską? Czy Naród poprzez swoich przedstawicieli wybranych do parlamentu? Czy Jarosław Kaczyński przez swojego przedstawiciela wybranego do CBA?

14:04, joanna.mucha , Varia
Link Komentarze (22) »
wtorek, 13 października 2009

W ciągu ostatnich dwóch tygodni świat polityki żyje tzw. aferami. Konsekwencje pierwszej z nich były wyraźne: kilka osób pożegnało się ze swoimi stanowiskami, premier dokonał zmian w swoim najbliższym otoczeniu, rząd przedstawił sejmowi dokładną informację dotyczącą afery, zdecydowano o powołaniu komisji śledczej a dokumenty przesłano do prokuratury.

Ostatnie dni przynoszą nową "aferę" przedstawianą początkowo przez polityków PiS jako "porażająca" i "kompromitująca". Kiedy opadł pierwszy kurz – a stenogramy przeciekły do mediów - ton polityków opozycji stał się łagodniejszy. Poseł Joachim Brudziński mówi już tylko o "aferze nieudolności urzędników". Mimo to Minister Grad zdecydował o odwołaniu z pełnienia funkcji osób, których nazwiska pojawiają się w stenogramach.

Sytuacja ma charakter rozwojowy, za aferą dwuznacznych kontaktów polityków i biznesmenów pojawia się "afera nieudolności urzędników". Możemy spodziewać się, że w kolejnych dniach obrońcy Kamińskiego ogłoszą kolejną aferę. Teraz może to być na przykład afera braku manier. Przeczytamy w stenogramach z podsłuchów: "K..., gdzie ta pier...na chusteczka!" a następnie na nagranym filmie zobaczymy jak minister wyciera nos w mankiet. Ciekawe tylko, czy po "aferze mankietowej" opozycja będzie nawoływała do odwołania ze stanowiska ministra bez chusteczki czy też będzie domagała się od premiera podania się do dymisji.

Celowo trywializuję temat, żeby postawić szerzej niż dotychczas pytanie o standardy w polityce. W ubiegłym tygodniu rozmawiałam o tych standardach z dziennikarzem, dla którego mam wiele szacunku. Powiedział, że spodziewa się po politykach - w szczególności tych z PO - takiego zachowania, które nie pozostawi cienia wątpliwości w dwuznacznych sytuacjach. Jeśli na któregokolwiek z ministrów padnie choć cień podejrzenia - zdaniem mojego rozmówcy - powinien on być natychmiast odsunięty od pełnienia funkcji lub zdymisjonowany. W trakcie tej rozmowy zdałam sobie sprawę, że przyjęcie takiego założenia – przy nieodpowiedzialnej i kierującej się interesem własnym a nie dobrem kraju opozycji - może doprowadzić do utraty stabilności państwa. Łatwo wyobrazić sobie scenariusz formułowania kolejnych, coraz mniej poważnych zarzutów i żądań daleko idących działań jako ich konsekwencji. Najwyższe standardy stosowane przez partię rządzącą w zderzeniu z oportunizmem opozycji mogą obrócić się przeciw interesowi państwa! Czy jest to dla mnie argument dla nie stosowania najwyższych standardów? Nie! (Wydaje mi się, że podobnie myśli premier Tusk; mówił ostatnio, że woli przegrać przyszłe wybory ale sprawę afery hazardowej wyjaśnić do końca, niż zamieść aferę pod dywan dla wygranej.) Nie apeluję do premiera z mojej partii o obniżenie standardów, ale do przywódców opozycji żeby udźwignęli ciężar standardu, jakiego wymagają od nas.

"I have a Dream" mówił podczas marszu na Waszyngton Martin Luther King. Ja też mam marzenie. Marzy mi się, że Pan Przewodniczący Kaczyński, Pan Przewodniczący Napieralski, Pan Premier Miller mówią: "Każda ekipa rządząca ma problemy ze sprawowaniem władzy, my również takie problemy mieliśmy." Afera Rywina i starachowicka, dziwne zachowania polityków SLD podczas prac nad ustawą hazardową. Sprawy Ministra Lipca, Premiera Leppera, Ministra Kaczmarka, Ministra Piechy... to tylko niektóre tematy dotyczące polityków poprzednich ekip. Marzy mi się, że przywódcy partii opozycyjnych potrafią stanąć w prawdzie i powiedzieć "w tej i tej sytuacji poradziłem sobie dobrze, a ta mnie przerosła". Marzy mi się, że proponują premierowi Tuskowi: "Usiądźmy razem, prześledźmy procesy, które narażone są na złe wpływy, sprawdźmy, gdzie znajdują się punkty wrażliwe, zastanówmy się jak je zmienić, żeby wasze problemy i nasze problemy już się nie powtórzyły, ktokolwiek z nas będzie rządził." Marzy mi się, że spór polityczny w Polsce będzie odnosił się do programów partii, kolejne ekipy rządzące nie będą potykały się wciąż na tych samych pułapkach. Marzy mi się, że politycy opozycji przyjmą choć na chwilę perspektywę dłuższą, niż wykończenie ekipy rządzącej i we własnym - przyszłym – interesie podejmą pracę dla zneutralizowania pułapek, w które sami w przyszłości mogą wpaść.

Marzy mi się, że wyborcy i media zażądają takich standardów od wszystkich polityków...

12:38, joanna.mucha , Varia
Link Komentarze (20) »
niedziela, 27 września 2009

Do tej pory problem nierówności płci postrzegałam wyłącznie w kontekście praw kobiet. Brak równości odbieram jako zagrożenie dla godności kobiety i w żadnej sytuacji nie mogłam zgodzić się na zaakceptowanie wynikających stąd sytuacji.

Zdarzało mi się w życiu, że o tę równość musiałam zawalczyć. Wyszłam za mąż bardzo wcześnie, ale już wtedy nie zgodziłam się na zmianę nazwiska. Nie znalazłam żadnych argumentów, które przekonałyby mnie do zmiany jakiejś części tożsamości, którą niesie za sobą nazwisko, tym bardziej takie jak moje!:)

Pamiętam, że cała rodzina próbowała wybić mi z głowy to dziwactwo, na szczęście mąż nie miał nic przeciwko mojej decyzji. Śmiał się tylko, że gdybym jeszcze nazywała się Potocka, lub Czartoryska, ale Mucha... Mąż i dzieci nazywają się inaczej niż ja. Dla wielu ludzi to szokujące, ja nie znajduję w tym niczego nadzwyczajnego. Teraz zresztą ten wybór okazuje się zrządzeniem losu, bo noszenie nazwiska polityka jest obciążające. Czasem tylko śmieję się do łez, kiedy pod zdjęciem męża pojawia się podpis Andrzej Mucha :)

Trudniej było mi bronić decyzji pozostania na studiach, kiedy urodził się Staś. Większość mojego środowiska uważała, że skoro urodziłam już dziecko, to kontynuowanie studiów jest fanaberią! Naprawdę tak było! Tak się zawzięłam, że z rozpędu zrobiłam jeszcze doktorat :)

Moje małe potyczki były niczym, w porównaniu z sytuacjami, z którymi spotykają się tysiące kobiet w Polsce. Wymuszone przez otoczenie zamknięcie aktywnej kobiety w domowej klatce, choćby nawet złotej, dla niektórych kobiet jest powolną i niekończącą się torturą. Przerzucenie wszystkich obowiązków domowych na kobietę, mimo, że pracuje zawodowo tak samo ciężko jak jej mąż. Nierówne traktowanie w pracy, przemoc domowa, mobbing i molestowanie - to zjawiska, które dotykają kobiet wielokrotnie częściej, niż mężczyzn.

Niedawno zorientowałam się, że nierówność płci to miecz obosieczny, który coraz częściej uderza również w mężczyzn. Znam kilku panów, którzy postanowili zostać w domu ze swoimi maleńkimi pociechami. Okazało się, że spotyka ich ostracyzm ze strony otoczenia, czasem nie są w stanie sobie poradzić z tą sytuacją i małżeństwa rozpadają się. Podobnie trudna jest dla mężczyzny sytuacja, kiedy jego żona czy partnerka zarabia znacznie więcej niż on, płaci za mieszkanie, za wyjścia do restauracji. Mam wrażenie, że nawet wyzwolonym kobietom z trudem przychodzi zaakceptowanie takiego stanu rzeczy.

Problem nierówności płci ma jednak jeszcze jedną konsekwencję, którą - chcąc nie chcąc - muszą uznać jako argument nawet najwięksi konserwatyści. Otóż okazuje się, że w krajach w których nierówność płci jest odczuwana w większym stopniu rodzi się mniej dzieci! Przyznaję, że przyjęłam tę tezę z wielkim zaskoczeniem, ale trudno ją podważyć, bo jest oparta na szerokich badania OECD. Jeśli weźmiemy pod uwagę dwie dane: wskaźnik dzietności i poziom postrzeganej nierówności płci to badane państwa można było podzielić na dwie grupy. W tych państwach, w których nierówność płci była niewielka - rodziło się wyraźnie więcej dzieci! Tam gdzie była ona większa - notowano niskie wskaźniki dzietności.

W sytuacji starzejącego się społeczeństwa i w perspektywie coraz większych problemów, które będą się z tym wiązały, nie można pozwolić sobie na ignorowanie żadnego czynnika, który wpływa na zwiększenie wskaźnika dzietności. W trosce o przyszłość nas i naszych dzieci.

Deklaratywna (nie)równość płci* a dzietność

Deklaratywna (nie)równość płci* a dzietność

21:24, joanna.mucha , Polska 2030
Link Komentarze (44) »
środa, 23 września 2009

Jestem często pytana o to, jakie kobiety można spotkać w polityce. Odpowiedź jest prosta i oczywista: różne. Są w polityce kobiety bardzo merytoryczne, (lub/i) skupione na racji stanu, (lub/i) skuteczne w swoich działaniach, czasem nieznane szerszej publiczności. Są takie, które bardzo chciałyby znaleźć się w pierwszej grupie - ale nie potrafią. Są prawdziwe harpie broniące – czasem zawistnie - wypracowanych pozycji. Są też takie kobiety, które każdym swoim zachowaniem próbują udowodnić, że są bardziej męskie, niż niejeden mężczyzna...

Co dziwne, nikt nie zapytał mnie nigdy o to, jakich mężczyzn można spotkać w polityce. Już sam ten fakt nadaje się na oddzielny wpis... A odpowiedź na to pytanie wcale nie jest oczywista. Są więc w polityce mężczyźni bardzo merytoryczni, (lub/i) skupieni na racji stanu, (lub/i) skuteczni w swoim działaniu, jednak częściej niż podobne im kobiety szerszej publiczności znani. Są tacy, którzy całym swoim politycznym życiem próbują udowodnić innym – i często chyba również samym sobie - jacy to oni są ważni! Są też panowie, którzy - można mieć wrażenie - znaleźli się w polityce z przypadku, w wyniku zbiegu okoliczności, z braku innego pomysłu na życie, z tysiąca innych przedziwnych powodów...

Jeśli ktoś dzisiaj zapyta mnie, czy w polityce wolę pracować z paniami czy z panami, odpowiem: mój wybór nie przebiega według granicy płci. Pytanie o to, czy w polityce lepiej sprawdzają się kobiety czy mężczyźni pozostawię w tym miejscu bez odpowiedzi.

Dlaczego zatem broniłam niedawno pomysłu wprowadzenia parytetów płci na listach wyborczych Czy była to zwykła - jak to Panowie mówicie? - ,,solidarność jajników"? Może chęć przypodobania się kobiecemu elektoratowi? Odpowiadam: nie, zdecydowanie nie, na oba pytania. Zatem dlaczego?

Odpowiedź na to pytanie jest jednak dość skomplikowana. Otóż tak, uważam, że polityka w wykonaniu kobiet byłaby lepsza niż w wykonaniu mężczyzn. Odparowanie testosteronu z polityki zdecydowanie wyszłoby jej na dobre. Nie jest to jednak najważniejszy i kluczowy argument, który przekonuje mnie do tego pomysłu. Znacznie ważniejsze wydają mi się wyzwania rozwojowe, które stoją przed Polską - i innymi krajami naszego kręgu cywilizacyjnego - które to wyzwania w dużej mierze dotyczą kobiet, i których nie pokonamy bez ich włączenia w proces zmian. Zmiany demograficzne przebiegają w kierunku wyraźnego starzenia się społeczeństwa. Za kilkanaście, kilkadziesiąt lat te zmiany będą już bardzo wyraźnie odczuwalne. Okaże się wtedy, że wciąż zmniejszająca się liczba osób w wieku produkcyjnym musi utrzymać - i zaopiekować się - coraz większą rzeszą emerytów. I cóż wspólnego ten problem ma z kobietami? Otóż ma, i to aż w trzech wymiarach.

Po pierwsze, w najbliższych latach Polska musi wykonać olbrzymią pracę mająca na celu aktywację zawodową tych osób, które pracować chcą, ale z różnych powodów pracy nie podejmują (lub przedwcześnie z niej rezygnują). Problem ten dotyczy części kobiet, które wychodzą z rynku pracy po urodzeniu dzieci oraz części spośród tych, które wcześnie przechodzą na emeryturę (często dlatego, że muszą zaopiekować się rodzicami lub wnukami).

Po drugie, dzietność! Dzietność w Polsce utrzymuje się poniżej progu zastępowalności pokoleń. W jaki sposób doprowadzić do tego, żeby Polki chciały mieć więcej dzieci? Czy to w ogóle jest możliwe? Z całą pewnością państwo nie ma instrumentów, które doprowadziłyby do zmian rewolucyjnych, ale też nie o takie zmiany chodzi. Wiele młodych kobiet odkłada decyzję o macierzyństwie ze względu na czynniki mniej lub bardziej zależne od państwa i jego instytucji. Konieczne jest stworzenie dla nich - a także dla ojców ich dzieci - szerokiej oferty możliwości podjęcia pracy w nietypowym trybie, żłobków, oferujących wczesną edukację na odpowiednim poziomie, i innych udogodnień. Młoda polska kobieta widzi swoje ewentualne macierzyństwo w świetle podjęcia dość przykrego wyboru. Może mianowicie skorzystać z wszystkich (lub części) przysługującej jej urlopów i w ten sposób skutecznie wyjść na kilka lat z rynku pracy. W świecie zmieniającym się z miesiąca na miesiąc tych kilka lat będzie potem ,,odzyskiwała" długo... Może też szybko wrócić do pracy, na swoje osiem godzin dziennie, zostawić maleństwo z mniej lub bardziej sprawdzoną nianią i drżeć, żeby aby nie zachorowało. Zapomnijmy wtedy o karmieniu piersią i nie opowiadajmy bajek o matce oddanej dziecku po ośmiu godzinach pracy, w dodatku zadbanej, życzliwej i zadowolonej z życia...

Po trzecie wreszcie, ciężar opieki nad osobami starszymi spoczywa w Polsce w głównej mierze na kobietach. Im więcej wśród nas będzie osób starszych, tym ten ciężar będzie trudniej nieść... Abstrahuje w tym momencie od tego, czy tak powinno być, czy nie.

Nie muszę już nawet dodawać, że te trzy zjawiska wzajemnie się nakładają i dodatkowo wzmacniają efekt oddziaływania.

Oczywiście, chciałabym żyć w kraju, w którym opieka nad dziećmi czy osobami starszymi nie jest rodzaju żeńskiego. Ale w Polsce opieka jest kobietą i szybko tego nie zmienimy. I to kobiety o opiece wiedzą wszystko. Dlatego trudno jest mi wyobrazić sobie opracowywanie systemowych rozwiązań dotyczących przedstawionych wyżej trzech zagadnień, dotyczących kobiet - bez kobiet! To wcale nie oznacza, że chcę petryfikować zastane schematy - jest dokładnie odwrotnie! Ale żyjemy w takiej a nie innej rzeczywistości i nie można się na nią obrażać.

Przedstawiłam krótko najważniejsze - moim zdaniem - argumenty na rzecz włączenia kobiet do polityki. Dlaczego akurat za pomocą parytetów - wyjaśnię w jednym z kolejnych wpisów.

12:05, joanna.mucha , Polska 2030
Link Komentarze (67) »

fot. Dawid JacewskiKiedy zapadła ta decyzja stanęła mi przed oczami jedna ze scen z Wilka stepowego Hermana Hesse. Główny bohater, Harry Haller, rozmawia w zaświatach z Mozartem. W trakcie rozmowy wskazuje na przechodzących obok najpierw Brahmsa potem Wagnera. Za każdym z nich podąża pochód czarnych postaci, które wysysają z nich ostatnie tchnienia życia. Jak tłumaczy Mozart, każda z tych postaci wyobrażała niepotrzebną nutę w partyturach obu kompozytorów... Za każdą niepotrzebną nutę obaj musieli odpokutować...

Żyjąc w potopie słowa pisanego zastanawiałam się czasem, czy jego autorzy czują kiedykolwiek ten strach, który ogarnął bohatera powieści Hessego. "Zrobiło mi się bardzo nieswojo. Zobaczyłem siebie samego jako śmiertelnie znużonego pielgrzyma, wędrującego przez pustynię zaświatów, obładowanego mnóstwem zbędnych książek, które napisałem, zbędnych artykułów i felietonów, a za mną postępowała armia zecerów, którzy musieli przy tym pracować i armia czytelników, którzy to wszystko musieli przełknąć. Mój Boże!" (Herman Hesse "Wilk stepowy" przekł. Gabriela Mycielska).

Wiele razy zadawałam sobie te same pytania: Ile próżności trzeba mieć w sobie, żeby uznać, że mam jeszcze coś do dodania. Ile czelności, aby prosić o uwagę i czas czytelników.

A jednak. Jednak dołączam do tego grona tych, którzy sami sobie szykują potępienie ;)

Dlaczego? Bo mam w sobie tyle próżności by przypuszczać, że mam coś do dodania. Tyle czelności, by zabiegać o czas i uwagę. Bo brakuje mi pewnych tematów w debacie publicznej. Bo brakuje mi pewnej formy tej debaty. Bo liczę na to, że mój głos coś zmieni, jak kolejna kropla, która będzie drążyła skałę...

Chciałabym, żeby mój blog był inny. Pewnie będzie nudny. Długie wpisy, być może trudne w lekturze. Jeden z moich profesorów po lekturze moich prac naukowych powtarzał: ,,więcej wody, Pani Joanno, więcej wody". Postaram się, Panie Profesorze :)

Zaproponuję też formy, których chyba dotąd nie stosowano. Na blog będą składały się trzy typy wpisów. Pierwszy to ciężkie i długie rozważania o Polsce. Chciałabym w tym wątku analizować pojawiające się dzisiaj problemy w długookresowej perspektywie. Hasło dla tego wątku to Polska 2030.

Drugi typ wpisów będą stanowiły pojedynki. Obiecuję, że szybko zdradzę, na czym będzie polegał ten wątek. Ale jeszcze nie dziś :)

Trzeci wątek to varia. Krótsze wpisy, czasem dotyczące bieżących wydarzeń.

Proszę o wyrozumiałość dla początkującej blogerki. Nie spodziewajcie się Państwo codziennych wpisów - wręcz przeciwnie, popełnię ten grzech zaledwie kilka razy w miesiącu.

Z trudem przychodzi mi życzenie Czytelnikom mojego bloga miłej lektury... Może zamiast tego sobie i Im będę życzyła, aby nasz wysiłek przyniósł efekt :)

08:27, joanna.mucha , Varia
Link Komentarze (43) »