Kategorie: Wszystkie | Pojedynki | Polska 2030 | Varia
RSS
niedziela, 27 września 2009

Do tej pory problem nierówności płci postrzegałam wyłącznie w kontekście praw kobiet. Brak równości odbieram jako zagrożenie dla godności kobiety i w żadnej sytuacji nie mogłam zgodzić się na zaakceptowanie wynikających stąd sytuacji.

Zdarzało mi się w życiu, że o tę równość musiałam zawalczyć. Wyszłam za mąż bardzo wcześnie, ale już wtedy nie zgodziłam się na zmianę nazwiska. Nie znalazłam żadnych argumentów, które przekonałyby mnie do zmiany jakiejś części tożsamości, którą niesie za sobą nazwisko, tym bardziej takie jak moje!:)

Pamiętam, że cała rodzina próbowała wybić mi z głowy to dziwactwo, na szczęście mąż nie miał nic przeciwko mojej decyzji. Śmiał się tylko, że gdybym jeszcze nazywała się Potocka, lub Czartoryska, ale Mucha... Mąż i dzieci nazywają się inaczej niż ja. Dla wielu ludzi to szokujące, ja nie znajduję w tym niczego nadzwyczajnego. Teraz zresztą ten wybór okazuje się zrządzeniem losu, bo noszenie nazwiska polityka jest obciążające. Czasem tylko śmieję się do łez, kiedy pod zdjęciem męża pojawia się podpis Andrzej Mucha :)

Trudniej było mi bronić decyzji pozostania na studiach, kiedy urodził się Staś. Większość mojego środowiska uważała, że skoro urodziłam już dziecko, to kontynuowanie studiów jest fanaberią! Naprawdę tak było! Tak się zawzięłam, że z rozpędu zrobiłam jeszcze doktorat :)

Moje małe potyczki były niczym, w porównaniu z sytuacjami, z którymi spotykają się tysiące kobiet w Polsce. Wymuszone przez otoczenie zamknięcie aktywnej kobiety w domowej klatce, choćby nawet złotej, dla niektórych kobiet jest powolną i niekończącą się torturą. Przerzucenie wszystkich obowiązków domowych na kobietę, mimo, że pracuje zawodowo tak samo ciężko jak jej mąż. Nierówne traktowanie w pracy, przemoc domowa, mobbing i molestowanie - to zjawiska, które dotykają kobiet wielokrotnie częściej, niż mężczyzn.

Niedawno zorientowałam się, że nierówność płci to miecz obosieczny, który coraz częściej uderza również w mężczyzn. Znam kilku panów, którzy postanowili zostać w domu ze swoimi maleńkimi pociechami. Okazało się, że spotyka ich ostracyzm ze strony otoczenia, czasem nie są w stanie sobie poradzić z tą sytuacją i małżeństwa rozpadają się. Podobnie trudna jest dla mężczyzny sytuacja, kiedy jego żona czy partnerka zarabia znacznie więcej niż on, płaci za mieszkanie, za wyjścia do restauracji. Mam wrażenie, że nawet wyzwolonym kobietom z trudem przychodzi zaakceptowanie takiego stanu rzeczy.

Problem nierówności płci ma jednak jeszcze jedną konsekwencję, którą - chcąc nie chcąc - muszą uznać jako argument nawet najwięksi konserwatyści. Otóż okazuje się, że w krajach w których nierówność płci jest odczuwana w większym stopniu rodzi się mniej dzieci! Przyznaję, że przyjęłam tę tezę z wielkim zaskoczeniem, ale trudno ją podważyć, bo jest oparta na szerokich badania OECD. Jeśli weźmiemy pod uwagę dwie dane: wskaźnik dzietności i poziom postrzeganej nierówności płci to badane państwa można było podzielić na dwie grupy. W tych państwach, w których nierówność płci była niewielka - rodziło się wyraźnie więcej dzieci! Tam gdzie była ona większa - notowano niskie wskaźniki dzietności.

W sytuacji starzejącego się społeczeństwa i w perspektywie coraz większych problemów, które będą się z tym wiązały, nie można pozwolić sobie na ignorowanie żadnego czynnika, który wpływa na zwiększenie wskaźnika dzietności. W trosce o przyszłość nas i naszych dzieci.

Deklaratywna (nie)równość płci* a dzietność

Deklaratywna (nie)równość płci* a dzietność

21:24, joanna.mucha , Polska 2030
Link Komentarze (44) »
środa, 23 września 2009

Jestem często pytana o to, jakie kobiety można spotkać w polityce. Odpowiedź jest prosta i oczywista: różne. Są w polityce kobiety bardzo merytoryczne, (lub/i) skupione na racji stanu, (lub/i) skuteczne w swoich działaniach, czasem nieznane szerszej publiczności. Są takie, które bardzo chciałyby znaleźć się w pierwszej grupie - ale nie potrafią. Są prawdziwe harpie broniące – czasem zawistnie - wypracowanych pozycji. Są też takie kobiety, które każdym swoim zachowaniem próbują udowodnić, że są bardziej męskie, niż niejeden mężczyzna...

Co dziwne, nikt nie zapytał mnie nigdy o to, jakich mężczyzn można spotkać w polityce. Już sam ten fakt nadaje się na oddzielny wpis... A odpowiedź na to pytanie wcale nie jest oczywista. Są więc w polityce mężczyźni bardzo merytoryczni, (lub/i) skupieni na racji stanu, (lub/i) skuteczni w swoim działaniu, jednak częściej niż podobne im kobiety szerszej publiczności znani. Są tacy, którzy całym swoim politycznym życiem próbują udowodnić innym – i często chyba również samym sobie - jacy to oni są ważni! Są też panowie, którzy - można mieć wrażenie - znaleźli się w polityce z przypadku, w wyniku zbiegu okoliczności, z braku innego pomysłu na życie, z tysiąca innych przedziwnych powodów...

Jeśli ktoś dzisiaj zapyta mnie, czy w polityce wolę pracować z paniami czy z panami, odpowiem: mój wybór nie przebiega według granicy płci. Pytanie o to, czy w polityce lepiej sprawdzają się kobiety czy mężczyźni pozostawię w tym miejscu bez odpowiedzi.

Dlaczego zatem broniłam niedawno pomysłu wprowadzenia parytetów płci na listach wyborczych Czy była to zwykła - jak to Panowie mówicie? - ,,solidarność jajników"? Może chęć przypodobania się kobiecemu elektoratowi? Odpowiadam: nie, zdecydowanie nie, na oba pytania. Zatem dlaczego?

Odpowiedź na to pytanie jest jednak dość skomplikowana. Otóż tak, uważam, że polityka w wykonaniu kobiet byłaby lepsza niż w wykonaniu mężczyzn. Odparowanie testosteronu z polityki zdecydowanie wyszłoby jej na dobre. Nie jest to jednak najważniejszy i kluczowy argument, który przekonuje mnie do tego pomysłu. Znacznie ważniejsze wydają mi się wyzwania rozwojowe, które stoją przed Polską - i innymi krajami naszego kręgu cywilizacyjnego - które to wyzwania w dużej mierze dotyczą kobiet, i których nie pokonamy bez ich włączenia w proces zmian. Zmiany demograficzne przebiegają w kierunku wyraźnego starzenia się społeczeństwa. Za kilkanaście, kilkadziesiąt lat te zmiany będą już bardzo wyraźnie odczuwalne. Okaże się wtedy, że wciąż zmniejszająca się liczba osób w wieku produkcyjnym musi utrzymać - i zaopiekować się - coraz większą rzeszą emerytów. I cóż wspólnego ten problem ma z kobietami? Otóż ma, i to aż w trzech wymiarach.

Po pierwsze, w najbliższych latach Polska musi wykonać olbrzymią pracę mająca na celu aktywację zawodową tych osób, które pracować chcą, ale z różnych powodów pracy nie podejmują (lub przedwcześnie z niej rezygnują). Problem ten dotyczy części kobiet, które wychodzą z rynku pracy po urodzeniu dzieci oraz części spośród tych, które wcześnie przechodzą na emeryturę (często dlatego, że muszą zaopiekować się rodzicami lub wnukami).

Po drugie, dzietność! Dzietność w Polsce utrzymuje się poniżej progu zastępowalności pokoleń. W jaki sposób doprowadzić do tego, żeby Polki chciały mieć więcej dzieci? Czy to w ogóle jest możliwe? Z całą pewnością państwo nie ma instrumentów, które doprowadziłyby do zmian rewolucyjnych, ale też nie o takie zmiany chodzi. Wiele młodych kobiet odkłada decyzję o macierzyństwie ze względu na czynniki mniej lub bardziej zależne od państwa i jego instytucji. Konieczne jest stworzenie dla nich - a także dla ojców ich dzieci - szerokiej oferty możliwości podjęcia pracy w nietypowym trybie, żłobków, oferujących wczesną edukację na odpowiednim poziomie, i innych udogodnień. Młoda polska kobieta widzi swoje ewentualne macierzyństwo w świetle podjęcia dość przykrego wyboru. Może mianowicie skorzystać z wszystkich (lub części) przysługującej jej urlopów i w ten sposób skutecznie wyjść na kilka lat z rynku pracy. W świecie zmieniającym się z miesiąca na miesiąc tych kilka lat będzie potem ,,odzyskiwała" długo... Może też szybko wrócić do pracy, na swoje osiem godzin dziennie, zostawić maleństwo z mniej lub bardziej sprawdzoną nianią i drżeć, żeby aby nie zachorowało. Zapomnijmy wtedy o karmieniu piersią i nie opowiadajmy bajek o matce oddanej dziecku po ośmiu godzinach pracy, w dodatku zadbanej, życzliwej i zadowolonej z życia...

Po trzecie wreszcie, ciężar opieki nad osobami starszymi spoczywa w Polsce w głównej mierze na kobietach. Im więcej wśród nas będzie osób starszych, tym ten ciężar będzie trudniej nieść... Abstrahuje w tym momencie od tego, czy tak powinno być, czy nie.

Nie muszę już nawet dodawać, że te trzy zjawiska wzajemnie się nakładają i dodatkowo wzmacniają efekt oddziaływania.

Oczywiście, chciałabym żyć w kraju, w którym opieka nad dziećmi czy osobami starszymi nie jest rodzaju żeńskiego. Ale w Polsce opieka jest kobietą i szybko tego nie zmienimy. I to kobiety o opiece wiedzą wszystko. Dlatego trudno jest mi wyobrazić sobie opracowywanie systemowych rozwiązań dotyczących przedstawionych wyżej trzech zagadnień, dotyczących kobiet - bez kobiet! To wcale nie oznacza, że chcę petryfikować zastane schematy - jest dokładnie odwrotnie! Ale żyjemy w takiej a nie innej rzeczywistości i nie można się na nią obrażać.

Przedstawiłam krótko najważniejsze - moim zdaniem - argumenty na rzecz włączenia kobiet do polityki. Dlaczego akurat za pomocą parytetów - wyjaśnię w jednym z kolejnych wpisów.

12:05, joanna.mucha , Polska 2030
Link Komentarze (67) »

fot. Dawid JacewskiKiedy zapadła ta decyzja stanęła mi przed oczami jedna ze scen z Wilka stepowego Hermana Hesse. Główny bohater, Harry Haller, rozmawia w zaświatach z Mozartem. W trakcie rozmowy wskazuje na przechodzących obok najpierw Brahmsa potem Wagnera. Za każdym z nich podąża pochód czarnych postaci, które wysysają z nich ostatnie tchnienia życia. Jak tłumaczy Mozart, każda z tych postaci wyobrażała niepotrzebną nutę w partyturach obu kompozytorów... Za każdą niepotrzebną nutę obaj musieli odpokutować...

Żyjąc w potopie słowa pisanego zastanawiałam się czasem, czy jego autorzy czują kiedykolwiek ten strach, który ogarnął bohatera powieści Hessego. "Zrobiło mi się bardzo nieswojo. Zobaczyłem siebie samego jako śmiertelnie znużonego pielgrzyma, wędrującego przez pustynię zaświatów, obładowanego mnóstwem zbędnych książek, które napisałem, zbędnych artykułów i felietonów, a za mną postępowała armia zecerów, którzy musieli przy tym pracować i armia czytelników, którzy to wszystko musieli przełknąć. Mój Boże!" (Herman Hesse "Wilk stepowy" przekł. Gabriela Mycielska).

Wiele razy zadawałam sobie te same pytania: Ile próżności trzeba mieć w sobie, żeby uznać, że mam jeszcze coś do dodania. Ile czelności, aby prosić o uwagę i czas czytelników.

A jednak. Jednak dołączam do tego grona tych, którzy sami sobie szykują potępienie ;)

Dlaczego? Bo mam w sobie tyle próżności by przypuszczać, że mam coś do dodania. Tyle czelności, by zabiegać o czas i uwagę. Bo brakuje mi pewnych tematów w debacie publicznej. Bo brakuje mi pewnej formy tej debaty. Bo liczę na to, że mój głos coś zmieni, jak kolejna kropla, która będzie drążyła skałę...

Chciałabym, żeby mój blog był inny. Pewnie będzie nudny. Długie wpisy, być może trudne w lekturze. Jeden z moich profesorów po lekturze moich prac naukowych powtarzał: ,,więcej wody, Pani Joanno, więcej wody". Postaram się, Panie Profesorze :)

Zaproponuję też formy, których chyba dotąd nie stosowano. Na blog będą składały się trzy typy wpisów. Pierwszy to ciężkie i długie rozważania o Polsce. Chciałabym w tym wątku analizować pojawiające się dzisiaj problemy w długookresowej perspektywie. Hasło dla tego wątku to Polska 2030.

Drugi typ wpisów będą stanowiły pojedynki. Obiecuję, że szybko zdradzę, na czym będzie polegał ten wątek. Ale jeszcze nie dziś :)

Trzeci wątek to varia. Krótsze wpisy, czasem dotyczące bieżących wydarzeń.

Proszę o wyrozumiałość dla początkującej blogerki. Nie spodziewajcie się Państwo codziennych wpisów - wręcz przeciwnie, popełnię ten grzech zaledwie kilka razy w miesiącu.

Z trudem przychodzi mi życzenie Czytelnikom mojego bloga miłej lektury... Może zamiast tego sobie i Im będę życzyła, aby nasz wysiłek przyniósł efekt :)

08:27, joanna.mucha , Varia
Link Komentarze (45) »