Kategorie: Wszystkie | Pojedynki | Polska 2030 | Varia
RSS

Polska 2030

piątek, 19 sierpnia 2011

W ostatniej polityce można przeczytać doskonały tekst Agnieszki Sowy o dzieciach niepełnosprawnych. Pretekstem do jego napisania była tragedia, która wstrząsnęła całą Polską. Babcia zabiła dwoje swoich wnuków i sama popełniła samobójstwo...

Prawdopodobną przyczyną zabójstwa była niepełnosprawność dzieci. Rodzina była dobrze sytuowana i nie cierpiała niedostatku. W każdym razie tego materialnego...

Dzieci z niepełnosprawnościami jest w Polsce więcej, niż nam się wydaje. Bardzo często są zamknięte w swoich domach i pozbawione pomocy jaka jest im potrzebna. W Polsce nie mamy systemowych propozycji ani dla nich, ani dla ich rodziców. Brakuje ośrodków wczesnej interwencji, o tzw. "Planie na życie" mało kto słyszał. Ośrodki rewalidacyjne są rzadkością a miejsc w przedszkolach i szkołach integracyjnych dramatycznie brakuje. Rodziny tych dzieci nie otrzymują wsparcia emocjonalnego, nie ma zajęć w grupach wsparcia.

Potrzebna jest w tym zakresie zmiana systemowa, inaczej skazujemy armie ludzi na tak niska jakość życia, ze może doprowadzić do tragedii.. 

14:49, joanna.mucha , Polska 2030
Link Komentarze (15) »
środa, 13 stycznia 2010

Od kilku miesięcy z rosnącym zaniepokojeniem obserwuję spór między Panią Minister Jolantą Fedak a Panem Ministrem Michałem Bonim. Spór dotyczy reformy systemu emerytalnego; Pani Minister upiera się przy pomyśle zmniejszenia strumienia środków płynących do Otwartych Funduszy Emerytalnych z 7,3 do 3% naszych pensji; różnica miałaby trafiać z powrotem do ZUSu. Nie milkną krytyczne komentarze ze strony ekonomistów i specjalistów zajmujących się systemem emerytalnym, jednak w skomplikowanej materii trudno zorientować się, o co naprawdę chodzi.

Rzeczywistą różnicę między systemem proponowanym przez Panią Minister i dzisiejszym można dostrzec spoglądając na system z perspektywy roku 2030. Załóżmy, że przyjmiemy dziś propozycję Pani Minister. Za dwadzieścia lat przyjdzie nam wypłacić emerytury dzisiejszym czterdziestolatkom. Sięgniemy wtedy do środków zgromadzonych w ZUSie i okaże się, że ich konta mają wartość jedynie wirtualnego zapisu księgowego! Zapisanych tam pieniędzy już dawno w ZUSie nie będzie - zostaną one wypłacone emerytom z lat 2010, 2011 i kolejnych. Zatem aby sfinansować dzisiejszym płatnikom składki emerytury w 2030 roku trzeba będzie ściągać składki z dzisiejszych dwudziestolatków. Jako, że za dwadzieścia lat emerytów będzie więcej, niż dzisiaj, a pracujących prawdopodobnie mniej - środków ze składek dwudziestolatków nie wystarczy i konieczne będzie zaciągnięcie gigantycznego długu. Dług ten z kolei obciąży kolejne pokolenie, itd. Będziemy sobie wtedy zadawać pytania: ile czasu wytrzyma ta piramida? Kiedy runie? W jaki sposób przerwać to błędne koło zadłużania się na koszt kolejnych pokoleń? Czy nie można było przerwać jego biegu w przeszłości???

Odpowiedź na ostatnie pytanie jest prosta: można było. To błędne koło zadłużenia przerwał rząd Jerzego Buzka w 1999 roku wraz z wprowadzeniem reformy emerytalnej. Dzięki niej za dwadzieścia lat dzisiejsi czterdziestolatkowie sięgną po pieniądze, które będą realne, a nie wirtualne. Nie będzie trzeba zaciągać długu w celu wypłacenia ich emerytur, bo środki na ich emerytury będą spokojnie czekały na ich indywidualnych kontach.

Wybierając między pomysłem Pani Minister Fedak a dotychczasowymi rozwiązaniami wybieramy między naszą emeryturą - bańką mydlaną - fikcją zapisu księgowego zasysającego kolejne miliardy zadłużenia, a sakiewką emerytalną być może skromną, ale wypełnioną prawdziwymi złotymi.

Przed podobnym dylematem stają od wielu lat decydenci w innych europejskich krajach. W wielu z tych krajów zwycięża krótkowzroczna polityka obciążająca przyszłe rządy i pokolenia. Na tym tle Polska - jak dotąd - była latarnią wyznaczająca kierunek.

Pani Minister, nie wolno Pani tego zepsuć!

10:39, joanna.mucha , Polska 2030
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 30 listopada 2009

Czytam w Wikipedii: "Burki w Afganistanie zostały wprowadzone za czasów króla Habibullaha (panował w latach 1901-1919), który kazał dwunastu kobietom ze swojego haremu nosić je, kiedy opuszczały pałac, by nie kusiły innych mężczyzn swoim wyglądem. Były one szyte z delikatnego jedwabiu, haftowane, a córki króla nosiły nawet burki haftowane złotymi nićmi. Burki stały się więc pewnym wyznacznikiem klasy wyższej. W latach pięćdziesiątych burki rozprzestrzeniły się na cały Afganistan, jednak wciąż głównie wśród bogatych."

Z tego fragmentu nie wynika jasno, czy nakaz króla Habibullaha podyktowany był troską o bezpieczeństwo JEGO kobiet, czy też po prostu nie chciał dzielić się pięknem SWOICH nałożnic z podwładnymi.

Obecnie nakaz noszenia burki tłumaczy się w krajach islamskich hidżabem, czyli nakazem skromności. Zgodnie z Koranem, skromność odnosić się ma zarówno do kobiet jak i mężczyzn (mężczyznom nie można np. nosić ubrań wykonanych z jedwabiu). Muzułmanie argumentują, że noszenie burki zasłaniającej całą twarz i - często - całą postać kobiety, nikabu - czyli przesłony na twarz, lub hidżabu - czyli chusty zasłaniającej włosy, uszy i szyję kobiety - pozwala na docenienie w niej intelektu, charakteru, bogobojności. Jednocześnie wyznawcy Allaha twierdzą, że to zachodnia kultura odbiera kobiecie godność czyniąc z niej przedmiot pożądania seksualnego.

Nie można nie zgodzić się z argumentami dotyczącymi świata zachodniego... To jednak nie oznacza przyznania racji światu muzułmańskiemu. Jeśli zgodnie z Koranem kobieta i mężczyzna są równi, jeśli jednych i drugie obowiązuje hidżab (rozumiany szerzej, jako skromny ubiór) - dlaczego zatem mężczyźni nie noszą burek??? Jak można pozwolić na to, żeby u mężczyzny skupiać się na cechach innych niż intelekt, charakter i bogobojność? Czy to nie odbiera mężczyźnie godności czyniąc z niego przedmiot pożądania seksualnego?

Powiedzmy sobie szczerze. Burki nie zostały wprowadzone jako wyraz skromności kobiet króla - było dokładnie odwrotnie, przez wiele lat bogato zdobione burki były wyznacznikiem statusu. Cała ta zabawa w zasłony i piramidy zakazów służy zapewnianiu samczego bezpieczeństwa. Wszystkie te firany - w zależności od stopnia zasłonięcia - albo całkowicie ubezwłasnowolniają kobietę, albo przynajmniej pozbawiają ją części kobiecego wdzięku, obniżając jej atrakcyjność.

I czemu o tym piszę? Bezpośrednim powodem sięgnięcia do tego tematu były dzisiejsze informacje o decyzji Szwajcarów o zakazie budowania minaretów w ich państwie. Myślę, że jest to moment przełomowy; Szwajcaria jest pierwszym europejskim państwem, które wyraziło jakikolwiek sprzeciw wobec niekontrolowanego napływu kultury islamskiej. W trakcie czytania artykułów zdałam sobie sprawę z tego, że nas również czeka konieczność uregulowania wielu kwestii, choćby kobiecego stroju. I nie mam tu wcale na myśli pomysłów Pana Przewodniczącego Zawiszy o maksymalnej głębokości dekoltów i minimalnej długości spódniczek. Wręcz przeciwnie, musimy zdecydować jakie minimum odkrytego ciała możemy w Polsce zaakceptować. Czy pozwolimy kobietom mieszkającym w Polsce zakrywać się od stóp do głów? Czy pozwolimy muzułmańskim dziewczętom przychodzić do szkoły w chustach? Czy zwolnimy je z zajęć wf? Czy pozwolimy im pływać w basenie w ubraniu od stóp do głów? Czy pozwolimy ich mężom na głodzenie ich, jeśli odmówią współżycia, tak jak to się dzieje w niektórych kulturach? Czy ich mężowie - zgodnie z naukami Koranu - będą mogli je bić? Czy mieszkający w Polsce mężczyzna będzie mógł zabronić swojej żonie, córce, matce pójścia do lekarza - mężczyzny? Czy islamska kobieta zeznająca w sądzie będzie mogła odmówić pokazania twarzy? A na lotnisku???

Nie łudźmy się, jeśli te pytania mają charakter teoretycznych, to jeszcze tylko przez chwilę. W Holandii już zabroniono noszenia burki. W Nowej Zelandii kobieta nie może w niej zeznawać, ale zasłania się ją przed widownią w inny sposób. We Włoszech już od 1975 roku nie można ukrywać twarzy w miejscu publicznym.

Chciałabym, żeby udało nam się w przyszłości opracować założenia dla dokumentu, który odpowiadałby na postawione wcześniej pytania. Chciałabym, żeby dokument taki został zaproponowany wszystkim rządom naszego kręgu cywilizacyjnego. Chciałabym, żeby w krótkim czasie stał się obowiązujący. Mamy prawo domagać się szanowania naszych norm kulturowych przez osoby przyjeżdżające z innych kręgów cywilizacyjnych. Mamy obowiązek upominania się o prawa kobiet. Jeśli nie możemy wystarczająco dobrze pomagać kobietom w państwach takich jak Afganistan, to zadbajmy przynajmniej o te, które znajdą się po drugiej stronie.

17:15, joanna.mucha , Polska 2030
Link Komentarze (12) »
niedziela, 27 września 2009

Do tej pory problem nierówności płci postrzegałam wyłącznie w kontekście praw kobiet. Brak równości odbieram jako zagrożenie dla godności kobiety i w żadnej sytuacji nie mogłam zgodzić się na zaakceptowanie wynikających stąd sytuacji.

Zdarzało mi się w życiu, że o tę równość musiałam zawalczyć. Wyszłam za mąż bardzo wcześnie, ale już wtedy nie zgodziłam się na zmianę nazwiska. Nie znalazłam żadnych argumentów, które przekonałyby mnie do zmiany jakiejś części tożsamości, którą niesie za sobą nazwisko, tym bardziej takie jak moje!:)

Pamiętam, że cała rodzina próbowała wybić mi z głowy to dziwactwo, na szczęście mąż nie miał nic przeciwko mojej decyzji. Śmiał się tylko, że gdybym jeszcze nazywała się Potocka, lub Czartoryska, ale Mucha... Mąż i dzieci nazywają się inaczej niż ja. Dla wielu ludzi to szokujące, ja nie znajduję w tym niczego nadzwyczajnego. Teraz zresztą ten wybór okazuje się zrządzeniem losu, bo noszenie nazwiska polityka jest obciążające. Czasem tylko śmieję się do łez, kiedy pod zdjęciem męża pojawia się podpis Andrzej Mucha :)

Trudniej było mi bronić decyzji pozostania na studiach, kiedy urodził się Staś. Większość mojego środowiska uważała, że skoro urodziłam już dziecko, to kontynuowanie studiów jest fanaberią! Naprawdę tak było! Tak się zawzięłam, że z rozpędu zrobiłam jeszcze doktorat :)

Moje małe potyczki były niczym, w porównaniu z sytuacjami, z którymi spotykają się tysiące kobiet w Polsce. Wymuszone przez otoczenie zamknięcie aktywnej kobiety w domowej klatce, choćby nawet złotej, dla niektórych kobiet jest powolną i niekończącą się torturą. Przerzucenie wszystkich obowiązków domowych na kobietę, mimo, że pracuje zawodowo tak samo ciężko jak jej mąż. Nierówne traktowanie w pracy, przemoc domowa, mobbing i molestowanie - to zjawiska, które dotykają kobiet wielokrotnie częściej, niż mężczyzn.

Niedawno zorientowałam się, że nierówność płci to miecz obosieczny, który coraz częściej uderza również w mężczyzn. Znam kilku panów, którzy postanowili zostać w domu ze swoimi maleńkimi pociechami. Okazało się, że spotyka ich ostracyzm ze strony otoczenia, czasem nie są w stanie sobie poradzić z tą sytuacją i małżeństwa rozpadają się. Podobnie trudna jest dla mężczyzny sytuacja, kiedy jego żona czy partnerka zarabia znacznie więcej niż on, płaci za mieszkanie, za wyjścia do restauracji. Mam wrażenie, że nawet wyzwolonym kobietom z trudem przychodzi zaakceptowanie takiego stanu rzeczy.

Problem nierówności płci ma jednak jeszcze jedną konsekwencję, którą - chcąc nie chcąc - muszą uznać jako argument nawet najwięksi konserwatyści. Otóż okazuje się, że w krajach w których nierówność płci jest odczuwana w większym stopniu rodzi się mniej dzieci! Przyznaję, że przyjęłam tę tezę z wielkim zaskoczeniem, ale trudno ją podważyć, bo jest oparta na szerokich badania OECD. Jeśli weźmiemy pod uwagę dwie dane: wskaźnik dzietności i poziom postrzeganej nierówności płci to badane państwa można było podzielić na dwie grupy. W tych państwach, w których nierówność płci była niewielka - rodziło się wyraźnie więcej dzieci! Tam gdzie była ona większa - notowano niskie wskaźniki dzietności.

W sytuacji starzejącego się społeczeństwa i w perspektywie coraz większych problemów, które będą się z tym wiązały, nie można pozwolić sobie na ignorowanie żadnego czynnika, który wpływa na zwiększenie wskaźnika dzietności. W trosce o przyszłość nas i naszych dzieci.

Deklaratywna (nie)równość płci* a dzietność

Deklaratywna (nie)równość płci* a dzietność

21:24, joanna.mucha , Polska 2030
Link Komentarze (44) »
środa, 23 września 2009

Jestem często pytana o to, jakie kobiety można spotkać w polityce. Odpowiedź jest prosta i oczywista: różne. Są w polityce kobiety bardzo merytoryczne, (lub/i) skupione na racji stanu, (lub/i) skuteczne w swoich działaniach, czasem nieznane szerszej publiczności. Są takie, które bardzo chciałyby znaleźć się w pierwszej grupie - ale nie potrafią. Są prawdziwe harpie broniące – czasem zawistnie - wypracowanych pozycji. Są też takie kobiety, które każdym swoim zachowaniem próbują udowodnić, że są bardziej męskie, niż niejeden mężczyzna...

Co dziwne, nikt nie zapytał mnie nigdy o to, jakich mężczyzn można spotkać w polityce. Już sam ten fakt nadaje się na oddzielny wpis... A odpowiedź na to pytanie wcale nie jest oczywista. Są więc w polityce mężczyźni bardzo merytoryczni, (lub/i) skupieni na racji stanu, (lub/i) skuteczni w swoim działaniu, jednak częściej niż podobne im kobiety szerszej publiczności znani. Są tacy, którzy całym swoim politycznym życiem próbują udowodnić innym – i często chyba również samym sobie - jacy to oni są ważni! Są też panowie, którzy - można mieć wrażenie - znaleźli się w polityce z przypadku, w wyniku zbiegu okoliczności, z braku innego pomysłu na życie, z tysiąca innych przedziwnych powodów...

Jeśli ktoś dzisiaj zapyta mnie, czy w polityce wolę pracować z paniami czy z panami, odpowiem: mój wybór nie przebiega według granicy płci. Pytanie o to, czy w polityce lepiej sprawdzają się kobiety czy mężczyźni pozostawię w tym miejscu bez odpowiedzi.

Dlaczego zatem broniłam niedawno pomysłu wprowadzenia parytetów płci na listach wyborczych Czy była to zwykła - jak to Panowie mówicie? - ,,solidarność jajników"? Może chęć przypodobania się kobiecemu elektoratowi? Odpowiadam: nie, zdecydowanie nie, na oba pytania. Zatem dlaczego?

Odpowiedź na to pytanie jest jednak dość skomplikowana. Otóż tak, uważam, że polityka w wykonaniu kobiet byłaby lepsza niż w wykonaniu mężczyzn. Odparowanie testosteronu z polityki zdecydowanie wyszłoby jej na dobre. Nie jest to jednak najważniejszy i kluczowy argument, który przekonuje mnie do tego pomysłu. Znacznie ważniejsze wydają mi się wyzwania rozwojowe, które stoją przed Polską - i innymi krajami naszego kręgu cywilizacyjnego - które to wyzwania w dużej mierze dotyczą kobiet, i których nie pokonamy bez ich włączenia w proces zmian. Zmiany demograficzne przebiegają w kierunku wyraźnego starzenia się społeczeństwa. Za kilkanaście, kilkadziesiąt lat te zmiany będą już bardzo wyraźnie odczuwalne. Okaże się wtedy, że wciąż zmniejszająca się liczba osób w wieku produkcyjnym musi utrzymać - i zaopiekować się - coraz większą rzeszą emerytów. I cóż wspólnego ten problem ma z kobietami? Otóż ma, i to aż w trzech wymiarach.

Po pierwsze, w najbliższych latach Polska musi wykonać olbrzymią pracę mająca na celu aktywację zawodową tych osób, które pracować chcą, ale z różnych powodów pracy nie podejmują (lub przedwcześnie z niej rezygnują). Problem ten dotyczy części kobiet, które wychodzą z rynku pracy po urodzeniu dzieci oraz części spośród tych, które wcześnie przechodzą na emeryturę (często dlatego, że muszą zaopiekować się rodzicami lub wnukami).

Po drugie, dzietność! Dzietność w Polsce utrzymuje się poniżej progu zastępowalności pokoleń. W jaki sposób doprowadzić do tego, żeby Polki chciały mieć więcej dzieci? Czy to w ogóle jest możliwe? Z całą pewnością państwo nie ma instrumentów, które doprowadziłyby do zmian rewolucyjnych, ale też nie o takie zmiany chodzi. Wiele młodych kobiet odkłada decyzję o macierzyństwie ze względu na czynniki mniej lub bardziej zależne od państwa i jego instytucji. Konieczne jest stworzenie dla nich - a także dla ojców ich dzieci - szerokiej oferty możliwości podjęcia pracy w nietypowym trybie, żłobków, oferujących wczesną edukację na odpowiednim poziomie, i innych udogodnień. Młoda polska kobieta widzi swoje ewentualne macierzyństwo w świetle podjęcia dość przykrego wyboru. Może mianowicie skorzystać z wszystkich (lub części) przysługującej jej urlopów i w ten sposób skutecznie wyjść na kilka lat z rynku pracy. W świecie zmieniającym się z miesiąca na miesiąc tych kilka lat będzie potem ,,odzyskiwała" długo... Może też szybko wrócić do pracy, na swoje osiem godzin dziennie, zostawić maleństwo z mniej lub bardziej sprawdzoną nianią i drżeć, żeby aby nie zachorowało. Zapomnijmy wtedy o karmieniu piersią i nie opowiadajmy bajek o matce oddanej dziecku po ośmiu godzinach pracy, w dodatku zadbanej, życzliwej i zadowolonej z życia...

Po trzecie wreszcie, ciężar opieki nad osobami starszymi spoczywa w Polsce w głównej mierze na kobietach. Im więcej wśród nas będzie osób starszych, tym ten ciężar będzie trudniej nieść... Abstrahuje w tym momencie od tego, czy tak powinno być, czy nie.

Nie muszę już nawet dodawać, że te trzy zjawiska wzajemnie się nakładają i dodatkowo wzmacniają efekt oddziaływania.

Oczywiście, chciałabym żyć w kraju, w którym opieka nad dziećmi czy osobami starszymi nie jest rodzaju żeńskiego. Ale w Polsce opieka jest kobietą i szybko tego nie zmienimy. I to kobiety o opiece wiedzą wszystko. Dlatego trudno jest mi wyobrazić sobie opracowywanie systemowych rozwiązań dotyczących przedstawionych wyżej trzech zagadnień, dotyczących kobiet - bez kobiet! To wcale nie oznacza, że chcę petryfikować zastane schematy - jest dokładnie odwrotnie! Ale żyjemy w takiej a nie innej rzeczywistości i nie można się na nią obrażać.

Przedstawiłam krótko najważniejsze - moim zdaniem - argumenty na rzecz włączenia kobiet do polityki. Dlaczego akurat za pomocą parytetów - wyjaśnię w jednym z kolejnych wpisów.

12:05, joanna.mucha , Polska 2030
Link Komentarze (67) »